Wiruje gdzieś pod niebem, zawieszony na niewidzialnej pętli. Nogi podciągam do klatki piersiowej i niesiony siłą odśrodkową nabieram jeszcze większej prędkości. I kręcę się i lecę. Napędzam sam siebie od środka i odpycham rękami od wyimaginowanej ściany.
Ciągle z myślami spóźniony i już dawno po czasie z każdym obowiązkiem, nabieram prędkości by nadgonić to czego nadrobić się nie da. No, a ja tak bardzo chce!
Więc pędzę, wiruje mi świat przed oczami. Zakręca się horyzont. I jeszcze i jeszcze, i dalej i dalej. Odpycham się ze wszystkich sił jakimi dysponują moje długie ręce. Muszę być szybciej, nadrobić to co zapomniałem wczoraj, nadgonić choć jeden dzień, jedną godzinę, albo chociaż minutę, bo w kółko jest to samo.
Wysłałeś?
Zrobiłeś?
Jesteś?
Wpadniesz?
Chodź!
Dalej!
Szybciej!
JUŻ!
w sumie "na już" jest wszystko!
Chcę się już zatrzymać, ale chyba chwilowo nie dam rady.
"Ratunku. Pomocy. Nie umiem iść. Kręcę się w kółko. Kolejna przeszkoda pod nogi, spod Twoich kół"
my own privet Idahoo
wtorek, 7 kwietnia 2015
piątek, 27 marca 2015
Wiatr na pogodę...
Mamy siebie tak powoli. Na końcach palców się spotykamy.
Stykamy się tym, naszym życiem, które zmienia się tak diametralnie, choć cała
zewnętrza powłoka nawet nie drgnie. Tak szybko uciekają minuty, w porannym
pędzie, nie zdążysz nawet wypić kawy, już coś dzwoni, coś już każde nam znikać.
Biec przed siebie tak szybko jak tylko
się da i dalej niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Nie dane jest nam czekać.
Za szybą zmienia się krajobraz, przemykają polskie wsie,
pojedyncze domy , gdzieś rozrzucone po ciągle rosnących jeszcze lasach. Tam
znaleźli swoje miejsce, na tym uroczysku. Cztery ściany i dach. Tyle postawili,
tak żyją, bez tych technologii, po sąsiedzku z brzozą, młodnikiem, starą żwirownią.
Tak jest już im dobrze. Etapy swojego życia dostosowują do pór roku. Do
oczekiwania na wiosnę, do zimowej stagnacji i do rozkoszy lata, zimnego kompotu
z dziką miętą. Gdzie uroczystość to każdy poranek, to wspólny posiłek, wypita herbata.
Tak z rana tam na pewno jest herbata. Kawa później do ciasta, do słodkiego. Tak
tam na pewno się żyje i ratuje ich, że rano znów słyszą ptaki, tak jak my
budziki, że deszcz spokojnie siąpi a nie burza i że przymrozek w nocy ściął
tarninę, konfitura z niej pewnie lepsza niż antybiotyk. My wtedy czekamy na
tramwaj.
Nagle, kiedy już tego
wszystkiego masz dość, na końcach palców znów się spotkasz i masz pewność, że
jednak jesteś w dobrym miejscu.
„…mówili w domu o mnie, wiatr na pogodę…”
czwartek, 26 marca 2015
W okularach przeciwsłonecznych i ze smartfonem.
W okularach przeciwsłonecznych i ze "smartfonem".
Jest tak, że przemykam przez miasto po prostu, bez tych gadżetów, ze zwykłym uśmiechem, jeszcze tak mało obecnym na ustach Poznaniaków, po właśnie kończącej się zimie. Porze roku, która nie istnieje w strefie klimatycznej Polska, bo u nas to jest tylko mgła i wieczne dwa na plusie. No i w sumie całkiem szaro, bo nie wszystkie budynki zamieniono w pastelowe, geometryczne oazy termoizolacji.
Wiem, że będzie to piękny dzień. Ciepło już z samego rana, trochę nieznośnie odciska mi się na prawym policzku. Dzisiaj jadę tramwajem. Mamy wiecznie siedzących w nich emerytów, studentów i ich "koła oraz lekko spóźnionych do pracy, którzy już samą miną chcą popchnąć tramwaj do przodu. Pojawiają się też osobniki tak charakterystyczne w XXI wieku, jak grzyby atomowe w latach 50 na Pacyfiku. Dla nich najlepiej osobny przedział, wejście z podjazdem oraz osobny pas ruchu. Mamy ścieżki rowerowe, miejmy ścieżki dla zombie ze "smartfonem". Raczej nie interesuję ich nic więcej, niż ciągłe mazanie palcem po ekranie. Instynktownie opuszczają tramwaj na docelowych przystankach, kierując się chyba jakąś wyższą metafizyką, bo ich wzrok nawet nie drgnie, wciąż wpatrzony w migające diody LED. Nad takimi to można skakać, biegać, a on tak będzie siedział niewzruszony. Za dwadzieścia lata nie spojrzymy na siebie na ulicy, nie powiemy spontanicznie "cześć", czy wymienimy się poglądami z osobą siedzącą dłuższy czas obok nas w pociągu, bo już dziś tego nie robimy.
"Smartfon", przekleństwo czy dar?
Jest tak, że przemykam przez miasto po prostu, bez tych gadżetów, ze zwykłym uśmiechem, jeszcze tak mało obecnym na ustach Poznaniaków, po właśnie kończącej się zimie. Porze roku, która nie istnieje w strefie klimatycznej Polska, bo u nas to jest tylko mgła i wieczne dwa na plusie. No i w sumie całkiem szaro, bo nie wszystkie budynki zamieniono w pastelowe, geometryczne oazy termoizolacji.
Wiem, że będzie to piękny dzień. Ciepło już z samego rana, trochę nieznośnie odciska mi się na prawym policzku. Dzisiaj jadę tramwajem. Mamy wiecznie siedzących w nich emerytów, studentów i ich "koła oraz lekko spóźnionych do pracy, którzy już samą miną chcą popchnąć tramwaj do przodu. Pojawiają się też osobniki tak charakterystyczne w XXI wieku, jak grzyby atomowe w latach 50 na Pacyfiku. Dla nich najlepiej osobny przedział, wejście z podjazdem oraz osobny pas ruchu. Mamy ścieżki rowerowe, miejmy ścieżki dla zombie ze "smartfonem". Raczej nie interesuję ich nic więcej, niż ciągłe mazanie palcem po ekranie. Instynktownie opuszczają tramwaj na docelowych przystankach, kierując się chyba jakąś wyższą metafizyką, bo ich wzrok nawet nie drgnie, wciąż wpatrzony w migające diody LED. Nad takimi to można skakać, biegać, a on tak będzie siedział niewzruszony. Za dwadzieścia lata nie spojrzymy na siebie na ulicy, nie powiemy spontanicznie "cześć", czy wymienimy się poglądami z osobą siedzącą dłuższy czas obok nas w pociągu, bo już dziś tego nie robimy.
"Smartfon", przekleństwo czy dar?
wtorek, 17 marca 2015
Kosmosy, galaktyki, gromady...
Czujecie to, tak jak się przemieszczacie po mieście? Jak każda jego komórka zaczyna drżeć. Cały ten miejski organizm. Jak zmienia się nachylenie budynków. Jak skracają się cienie.
Spacerując dziś z pracy, wypiąłem się na tramwaj, bo co jak co, ale człowiek przejść się czasami chce. Było późne popołudnie, tak jeszcze jasno, ale nie do końca, że jakby się przymrużyło oczy to by już było ciemno. Rozmyślałem, że już by się chciało, już dzieli nas ten kroczek od tego, żeby sobie na zielonej polanie, wśród tych mleczy i tych dmuchawców, tych wszystkich zapachów, usiąść i po prostu patrzeć. Jak przelatują te całe galaktyki gdzieś nad nami, a my nic w tym wszystkim nie znaczymy, a jednak jesteśmy całym światem. W kosmosie. W tych 93 miliardach lat świetlnych szerokości, w tych wszystkich gromadach i subgromadach, to właśnie My ze swoimi życiami, tak wiele możemy i tak wiele mamy.
Bo podróżować się mi już nie chce, bo już się mi przejadło, że nieznośnie mi się czasami beka zmianami, jak tylko pomyśle, i zgagę dostaje, gdy walizkę zaczynam wyjmować. Mi się chce spokoju, "konstansu" życia. Iść tym spacerem, w niedziele na targ staroci i wypić tą kawę w podwórku z widokiem na pomnik. Jedna pani na pewno wie jaki. Ładny on jest, taki czekający na to by ktoś na przeciw usiadł i patrzył. Oczekiwanie ma również swoją piękną stronę.
Przyszło się mi cieszyć z tych wszystkich rzeczy, które mam i z każdej jednej z osobna, zaraz zacznę się cieszyć z tego, że wstawać muszę rano. No dobra z tym się chyba nigdy nie pogodzę, ale jednak coś wisi w powietrzu. Tak już od roku z małym hakiem, że mi się chce i nie chce naraz. Mógłbym tak czasem usiąść i po prostu patrzeć na te wszystkie gwiazdy i drogi mleczne, zaćmienia słońca i wybuchy supernowych.
Tacy, jako ludzie jesteśmy mali w tym wszechświecie, a tak wiele możemy.
Spacerując dziś z pracy, wypiąłem się na tramwaj, bo co jak co, ale człowiek przejść się czasami chce. Było późne popołudnie, tak jeszcze jasno, ale nie do końca, że jakby się przymrużyło oczy to by już było ciemno. Rozmyślałem, że już by się chciało, już dzieli nas ten kroczek od tego, żeby sobie na zielonej polanie, wśród tych mleczy i tych dmuchawców, tych wszystkich zapachów, usiąść i po prostu patrzeć. Jak przelatują te całe galaktyki gdzieś nad nami, a my nic w tym wszystkim nie znaczymy, a jednak jesteśmy całym światem. W kosmosie. W tych 93 miliardach lat świetlnych szerokości, w tych wszystkich gromadach i subgromadach, to właśnie My ze swoimi życiami, tak wiele możemy i tak wiele mamy.
Bo podróżować się mi już nie chce, bo już się mi przejadło, że nieznośnie mi się czasami beka zmianami, jak tylko pomyśle, i zgagę dostaje, gdy walizkę zaczynam wyjmować. Mi się chce spokoju, "konstansu" życia. Iść tym spacerem, w niedziele na targ staroci i wypić tą kawę w podwórku z widokiem na pomnik. Jedna pani na pewno wie jaki. Ładny on jest, taki czekający na to by ktoś na przeciw usiadł i patrzył. Oczekiwanie ma również swoją piękną stronę.
Przyszło się mi cieszyć z tych wszystkich rzeczy, które mam i z każdej jednej z osobna, zaraz zacznę się cieszyć z tego, że wstawać muszę rano. No dobra z tym się chyba nigdy nie pogodzę, ale jednak coś wisi w powietrzu. Tak już od roku z małym hakiem, że mi się chce i nie chce naraz. Mógłbym tak czasem usiąść i po prostu patrzeć na te wszystkie gwiazdy i drogi mleczne, zaćmienia słońca i wybuchy supernowych.
Tacy, jako ludzie jesteśmy mali w tym wszechświecie, a tak wiele możemy.
środa, 3 kwietnia 2013
podarty denim
Twoje siły i twoje nauki
sześć razy powtarzane.
a może nawet i sześćdziesiąt.
Ja pewnie tyle samo razy to zapomniałem...
Podchodzisz wtedy jak kot, a to kto?
Jak zwierze z natury leniwe,
łasisz się na moje myśli
z natury lepsze.
Bo głupsze!
Głupota powtarzana raz i na wieki
przez Twoje usta sobie ciągle przemyka.
Bez wiedzy Twojej,
bo tak dla jasności chyba nie rozumiesz zbyt wiele.
Powtarzając na okrągło stare cytaty, i książkowe dramaty.
I pamiętaj: że podarte jeansy to jest luksus, którego ty nie posiądziesz.
niedziela, 31 marca 2013
teraz mam tak jak wtedy(z archiwum bloga)
Zapisany byłem na audiencję u papieża
,że Jezus wcale nie umarł.
Ja mam ropę na sercu, krzyż noszę na barkach.
Plastikowe życie z bateryjką w plecach.
Ostatnio otacza mnie moc przypadków. Przypadkowo chowam głowę w piasek, przypadkowo śpiewam na całe gardło, w tramwaju, gdzie ludzie myślą, żem szaleniec, żem głupek.
Zombie opanowały już do końca to miasto.
Uciekać bym chciał, od śniegu i mrozu, ale gdy tylko rozpędzam się i biegnę, podkłada ktoś pod nogi me ślizgawki i gołoledzie. Przymioty zimy-tej kur**y i suki.
Na całe gardło dziś krzyczeć chcę, że w głowie mojej nuklearna wojna, że gęsi wyleciały za morze, że już nigdy nie zobaczę wiosny.
Na całe gardło krzyczę dziś, że miłość to nie puzzle, że skleisz na brystolu kawałek po kawałku, układanka z uczuć. I oglądać móc będziesz na boazerii w korytarzu, w mieszkaniu, gdzieś w bloku, gdzie nie mieszka szatan.
Jezus nie umarł, bo dziś konam ja.
Artysta-plastyk, malarz-wirtuoz, żywiciel-martwych, stadium i rozwój.
Zabiłem już nudę, w gównie mieszka diabeł, ja już tylko złote sukna zakładam i błądze po otchłani mej i obrazy tworzę, światy układam i bajkę pisze o Jasiu i wiedźmie. Jak jej uciekłem, zabiłem i zjadłem, ręce odciąłem i pieściłem nimi swe boskie ciało.
Sam Apollo mi się z nieba przyglądał i spływał na mnie strumień uniesień.
Dziś już namaszczony jestem, złote runo pod pazuchą nosze, nicią Ariadny swe sukna zlepiam i ambrozję piję, w boskim uniesieniu.
Od dziś dyzlekcję i zgryz krzywy do kufra chowam, bom ja nie umarł, ale zmartwych powrócił.
niedziela, 20 stycznia 2013
art must be .....
-na tej linie patrz, na tej, na tej linie, widzisz...
-na linie?
-na linie widzisz? Ptak, widzisz, chce uciec. Patrz na linie, widzisz? To jest chyba kruk. Czy ty widzisz? Widzisz? Ej!?
Był 11 stycznia 1956 roku. W mieszkaniu, w oficynie, na parterze. Że niski parter. Marznę. Jest zima. Zima stulecia. Zima XX wieku.
Śnieg mówi mi dzisiaj: zostań. Na niebie przelatuje ptak. Rwie się. Wyrywa. Trzepocze skrzydłami. Nie może dalej, nie może wyżej. Jego myśli w jednym spojrzeniu krzyżuje się z moimi. Teraz już wiem jak się umiera, a może dopiero teraz wiem jak się żyję.
Wyspa łóżka jest teraz moim jedynym ratunkiem, moim spowiednikiem i moim pobratymcą.
Pościel źle, że zamek przy buzi i gryzie.
Ptak się trzepocze.
-Widzisz?
sobota, 5 stycznia 2013
Ocean nie wolnego czasu. Kraków Kraków Kraków
Wrócić trzeba kiedy się ponoć umarło. Już nawet na słupie widziałem klepsydrę. Takie nazwisko podobne i imię na G. Westchnąłem, minąłem, myślałem.
Jednak pisane mi było inaczej, że piach nie i nie tuje.
Tak jest jednak jakby przewidziane. Ten Kraków i Ocean być może nie wolnego czasu. Jednak przewidziane to było. To miasto, te ulice, te domu.
Kraków każe zapomnieć Ci o wszystkim tym co widziałeś wcześniej. Krztusi starymi miejscami, odurza starością. Wspomnienie tam przemyka nawet w bruku przerwie. Gdzieś pod dachami kumulują się stare nadzieje.
Zapomnieć pozwala o życiu co było, choć przecież trwa i trwać będzie.
Bo co było nie przemija z czasem, trwa gdzieś w żołądku, w jelitach, w otrzewnej.
Nie ma po co zapominać tego, przecież wciąż łza się kręci gdy pociągiem wjeżdżasz, wprost na cytadele, czy teatralny most.
Poznań będzie domem dla mnie. Tak już na zawsze. Tutaj narodziło się dla mnie, moje Ja. Tutaj żyją ludzie, tutaj rosną domy.
Kraków mówi mi na Kazimierzu: TRWAJ!
i żyj, tak znowu, jeszcze, po raz kolejny.
Nowe życie, choć przecież stare. Nauczyłem się żyć już z walizkami. Osiąść. Może?
Za lat kilka. Choć nie wiem czy los takie szykuje mi plany.
odkopałem coś ładnego
czwartek, 20 września 2012
Manifest!
Od 10tego do 10tego odmierza się czas. Wśród starych krzeseł i mebli z odzysku.Z ludźmi zwróconymi do obiegu. Z nostalgią do utraconych lat 80tych. Wysypują się torby, opróżniają butelki, nauczyliśmy śmiać się nie na zawołanie. Powracamy wolni, z pewnym manifestem, szarym podniebieniem, bo papierosy tak dobrze smakują.
Od 10tego do 10tego, wygrzebujemy życie w bruku ostępach, delegalizujemy formalne związki, nie płodzimy dzieci. Trwa gdzieś między nami ten byt niedostępny, dla innych rąk. Trwa między nami ta miłość na raty.
Od 10tego do 10tego, chwiejnym krokiem, w uszach gra to co zabronione. Piastujemy ogrody naszych rzeczy bliskich, wypasamy psa na łonie, w tym świecie z neonem między powiekami.
"Tak szybko uciekają chmury, tak z wolna płyną myśli. W oknach już dawno nie wiszą firany. Poranne oczy po wypitych butelkach i ten murek w bramie wiecznie oblegany..."
poniedziałek, 3 września 2012
Pierwszy września, a może w sumie nawet trzeci.
środa, 25 kwietnia 2012
sleepless....
Deszcz nazmywał się tej nocy. Tyle szklanek, tyle talerzy.
Taki pierwszy, wczesnowiosenny....
Zwiastował nadejście nowego.
Plamy wody coraz bardziej rozchodziły się po moim ciele. Ja nękanym przez bezsenność, na Wojciechowym parapecie.
Dym papierosowy nie mógł przebić się przez tą wodną kurtynę i co moment nawracał do mojego pokoju.
Pod ciepły dach i bezpieczną pościel.
I witałem się z ciemnością. Taką nie do końca przenikliwą, jasną, wspieraną latarnią wiszącą nad moim oknem.
I ten świat połyskiwał.
I kiedy przyszło odchodzić, pożegnać się...to oczy się nie zamykały.
Trwały na posterunku, czekając na coś, co nie następowało.
I kiedy umysł nie pracuje jak powinien, widzi się tak wiele rzeczy.
Rozbłyski błyskawic i poświaty przedmiotów. I chyba świeczki postawione na śmietnikowym krześle się unosiły...
I ja im wszystkim mówię cześć wtedy. Tak bez owijania w bawełnę. Z uściskiem dłoni i pocałunkiem w lico, a i z uniesioną jedną brwią, co by było najdoskonalej jak się da. I tańczyć i wirować mi to wszystko zaczyna nad głową.
Spektakl światła, formy i dźwięku. Czterogodzinny, plus dwie przerwy na papierosa.
I nagle witam się z ciemnością...
na minut 43.
7:05 budzik.
sobota, 31 marca 2012
Ocean wolnego czasu KRAKÓW KRAKÓW KRAKÓW
A gdyby tak zostawić obiad na gazie. Obrać ziemniaki, wrzucić mięso na patelnie, marchewkę pokrojoną w kostkę zalać wodą i wstawić na palnik. I niczego nie mieszać. Nie zmniejszać płomienia.
Żeby to kipiało. Wrzało i gotowało. Jak pulsująca krew w tętnicach. Jak roztrzęsione po nieprzespanych nocach ręce. I żeby to się wszystko przypalało. Żeby wypalało w sobie pokłady wody. By to wszystko WYŁO!
Gotowanie na ogniu w opcji full. By skrzyło się i rozgrzewało do czerwoności garnki. Zmieniać by to się zaczęło w jedną wielką kostkę węgla.
I żeby śmierdziało, jak życie gdy jest pod górkę i nieznośnie pocą się pachy. I by huczało dymem, ciemnym gęstym, by trącało sadzą, osiadającą później na mym wpół nagim ciele, rozłożonym niedbale na tacy parapetu.
Naczynia jak ziemia, która potrzebuje dobrotliwego wpływu minerałów i atomów , oraz pierwiastków pierwszych z martwych organów organizmów żywych.
Bo TUJE najlepiej rosną na cmentarzu.
Szukając przyszłości czuje skrzydła kiełkujące mi na plecach.
Żeby to kipiało. Wrzało i gotowało. Jak pulsująca krew w tętnicach. Jak roztrzęsione po nieprzespanych nocach ręce. I żeby to się wszystko przypalało. Żeby wypalało w sobie pokłady wody. By to wszystko WYŁO!
Gotowanie na ogniu w opcji full. By skrzyło się i rozgrzewało do czerwoności garnki. Zmieniać by to się zaczęło w jedną wielką kostkę węgla.
I żeby śmierdziało, jak życie gdy jest pod górkę i nieznośnie pocą się pachy. I by huczało dymem, ciemnym gęstym, by trącało sadzą, osiadającą później na mym wpół nagim ciele, rozłożonym niedbale na tacy parapetu.
Naczynia jak ziemia, która potrzebuje dobrotliwego wpływu minerałów i atomów , oraz pierwiastków pierwszych z martwych organów organizmów żywych.
Bo TUJE najlepiej rosną na cmentarzu.
Szukając przyszłości czuje skrzydła kiełkujące mi na plecach.
poniedziałek, 5 marca 2012
czwartek, 2 lutego 2012
Ręce.
Bo jestem ciałem na tym ostatnim pokoju.
Dziś.
Pacierzem jestem, składam się jak ręce.
Światła skupieniem, obuchem się trafiam
Sam w tej ziemi się grzebie
paznokcie w bezruchu
Kolejno odlicz,
kościelne wymienianki,
słowem, nazwiskiem,
co czekasz zbyt późno.
Tym życiem zagapisz,
na moment zapomnisz,
a już przeleciało i marszczą się ręce.
Nasze jest Twoje i razem osobno,
Przysięgi, rymy, serca łaskotanie.
Po nocach potem tylko gołe stopy,
wiatru pokwilanie i puste objęcia.
Klucze w kieszeni dziś już nie zadźwięczą.
W nerwach zgubienia ich szukać nie trzeba.
Rozprostuje kości, ręce już odjęte
plama na obrusie i święte poczęcie.
Dziś.
Pacierzem jestem, składam się jak ręce.
Światła skupieniem, obuchem się trafiam
Sam w tej ziemi się grzebie
paznokcie w bezruchu
Kolejno odlicz,
kościelne wymienianki,
słowem, nazwiskiem,
co czekasz zbyt późno.
Tym życiem zagapisz,
na moment zapomnisz,
a już przeleciało i marszczą się ręce.
Nasze jest Twoje i razem osobno,
Przysięgi, rymy, serca łaskotanie.
Po nocach potem tylko gołe stopy,
wiatru pokwilanie i puste objęcia.
Klucze w kieszeni dziś już nie zadźwięczą.
W nerwach zgubienia ich szukać nie trzeba.
Rozprostuje kości, ręce już odjęte
plama na obrusie i święte poczęcie.
wtorek, 31 stycznia 2012
o Grzesiu
a to jest chyba o mnie, a może nawet dość za bardzo!
no i imię się zgadza...a historie z dziecięcych wierszy tak trafnie opisują dorosłe życie.
Jest minus piętnaście.
mam suche włosy i mokre spojrzenie.
Czapkę z pomponem i skasowany bilet.
Chodźmy do dra.
"- Wrzuciłeś Grzesiu list do skrzynki, jak prosiłam?
- List, proszę cioci? List? Wrzuciłem, ciociu miła!
- Nie kłamiesz, Grzesiu? Lepiej przyznaj się kochanie!
- Jak ciocię kocham, proszę cioci, że nie kłamię!
- Oj, Grzesiu kłamiesz! Lepiej powiedz po dobroci!
- Ja miałbym kłamać? Niemożliwe, proszę cioci!
- Wuj Leon czeka na ten list, więc daj mi słowo.
- No, słowo daję! I pamiętam szczegółowo:
List był do wuja Leona,
A skrzynka była czerwona,
A koperta...no, taka... tego...
Nic takiego nadzwyczajnego,
A na kopercie - nazwisko
I Łódz... i ta ulica z numerem,
I pamiętam wszystko:
Że znaczek był z Belwederem,
A jak wrzucałem list do skrzynki,
To przechodził tatuś Halinki,
I jeden oficer też wrzucał,
Wysoki - wysoki,
Taki wysoki, że jak wrzucał, to kucał,
I jechała taksówka... i trąbił autobus,
I szły jakieś trzy dziewczynki,
Jak wrzucałem ten list do skrzynki...
Ciocia głową pokiwała,
Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia:
- Oj, Grzesiu, Grzesiu!
- Przecież ja ci wcale nie dałam
- Żadnego listu do wrzucenia!... "
muzycznie chilli zet
i ja w Dra.
no i imię się zgadza...a historie z dziecięcych wierszy tak trafnie opisują dorosłe życie.
Jest minus piętnaście.
mam suche włosy i mokre spojrzenie.
Czapkę z pomponem i skasowany bilet.
Chodźmy do dra.
"- Wrzuciłeś Grzesiu list do skrzynki, jak prosiłam?
- List, proszę cioci? List? Wrzuciłem, ciociu miła!
- Nie kłamiesz, Grzesiu? Lepiej przyznaj się kochanie!
- Jak ciocię kocham, proszę cioci, że nie kłamię!
- Oj, Grzesiu kłamiesz! Lepiej powiedz po dobroci!
- Ja miałbym kłamać? Niemożliwe, proszę cioci!
- Wuj Leon czeka na ten list, więc daj mi słowo.
- No, słowo daję! I pamiętam szczegółowo:
List był do wuja Leona,
A skrzynka była czerwona,
A koperta...no, taka... tego...
Nic takiego nadzwyczajnego,
A na kopercie - nazwisko
I Łódz... i ta ulica z numerem,
I pamiętam wszystko:
Że znaczek był z Belwederem,
A jak wrzucałem list do skrzynki,
To przechodził tatuś Halinki,
I jeden oficer też wrzucał,
Wysoki - wysoki,
Taki wysoki, że jak wrzucał, to kucał,
I jechała taksówka... i trąbił autobus,
I szły jakieś trzy dziewczynki,
Jak wrzucałem ten list do skrzynki...
Ciocia głową pokiwała,
Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia:
- Oj, Grzesiu, Grzesiu!
- Przecież ja ci wcale nie dałam
- Żadnego listu do wrzucenia!... "
muzycznie chilli zet
i ja w Dra.
czwartek, 26 stycznia 2012
Jest to deszczowy maj,
i arabski dźwięk przez ucho sie wciska.
I jest zimna styczeń, i pora roku
na ostatnie litery.
Jest wiatru rozkosz,
i letnie pokwitanie.
Jest stan i skupienie.
Jest czas i czas na lewitowanie.
Chłodu wiersze,
sto czasu litery i dramat kobiety na jesiennej szosie.
Jest banał lata trzy miesiące
przemoczone buty i przepalone włosy.
Jest czas co nie ucieka, trwa i trwoni me ciało i ze mną.
Jest ręka dzis do odpowiedzi sie zgłosi,
po odpust, udręke i sedno.
i arabski dźwięk przez ucho sie wciska.
I jest zimna styczeń, i pora roku
na ostatnie litery.
Jest wiatru rozkosz,
i letnie pokwitanie.
Jest stan i skupienie.
Jest czas i czas na lewitowanie.
Chłodu wiersze,
sto czasu litery i dramat kobiety na jesiennej szosie.
Jest banał lata trzy miesiące
przemoczone buty i przepalone włosy.
Jest czas co nie ucieka, trwa i trwoni me ciało i ze mną.
Jest ręka dzis do odpowiedzi sie zgłosi,
po odpust, udręke i sedno.
czwartek, 12 stycznia 2012
wtorek, 10 stycznia 2012
Urlop pełną gębą. Piwo samo się w mych żyłach tłoczy. Przez magiczne pączkowanie drożdży i chmielu. Z korzeniem imbiru w bonusie. Przyjmuje dziś petentów, co rozmową uszy moje raczyć będą. Vis-a-vis mnie zasiądą i cieszyć oko moje zechcą swą nienaganna sylwetką i mimiką twarzy. Ja dziś zapraszam. Uciekam przed zmartwieniem i korporacją. Dziś konsekwentnie piastować mogę tylko pijaństwo. Jako stanowisko przejrzyste i klarowne. Stanowisko urlopowe. Mam muszkę, marynarkę i kolory wiosny. Zadbane paznokcie i pachnące skronie. Wspaniale gestykuluje i mam stronnicze włosy. Dziś bajek nie zmyślam tylko prawdę głoszę i zakładam że trwać w tym będę do tygodnia końca. Tymczasem zapraszam tych co narzekać im nie jest dane, na popołudniowe gadanie, papierosy i pociechę oka!Buźka.
i poematy pisze, a może błędy leksykalne urządzam.(nie wiem jakie to ha!)
A co to za miejsce?
Gdzieś poza czasem
Gdzie tylko Kot zagląda czasem
I jakiś tylko taki znicz przy torowisku smętny mroczy
Ręce twoje
Ręce twoje przyjacielu na nim odbite.
Wszystko się od niechcenia tutaj tłoczy
Zeschłe drzewo i wyjące trawy.
Tak przypadkowo
i bardzo bez ładu.
Matka natura tu nawet palcem nie tknęła,
samo się tak to życie toczy
samo obraz układa,
bez czyjegoś widzimisię,
jakiegoś układu,
artystycznej wizji,
czy choćby lekkiej konsultacji.
Mozolnie kamienie ktoś tu dwa
wtoczył.
Może jeszcze przed Chrystusem,
a może przed zniczem.
Co już dawno zgasł, ale szkło trwa w zaroślach i huczy.
Rąk dziś do pacierza nikt nie składa,
na tacę nie prosi.
Tylko choć o jedno spojrzenie,
dotyk czyjejś dłoni,
ktoś się zaniepokoi,
ktoś tu coś ryśnię,
kamień toczy,
ziemie wzruszy.
A co to za miejsce?
Już pewnie nikt nie spyta.
Zniknęło gdzieś za szybą,
następna stacja, następne życia.
No przy okazji muszki to stare utwory, że tak się wyrażę, wkleję.
uwielbiam gitarę na starcie.
a tu dokładnie 3:12....mam ciarki nawet na moim obolałych plecach.
i poematy pisze, a może błędy leksykalne urządzam.(nie wiem jakie to ha!)
A co to za miejsce?
Gdzieś poza czasem
Gdzie tylko Kot zagląda czasem
I jakiś tylko taki znicz przy torowisku smętny mroczy
Ręce twoje
Ręce twoje przyjacielu na nim odbite.
Wszystko się od niechcenia tutaj tłoczy
Zeschłe drzewo i wyjące trawy.
Tak przypadkowo
i bardzo bez ładu.
Matka natura tu nawet palcem nie tknęła,
samo się tak to życie toczy
samo obraz układa,
bez czyjegoś widzimisię,
jakiegoś układu,
artystycznej wizji,
czy choćby lekkiej konsultacji.
Mozolnie kamienie ktoś tu dwa
wtoczył.
Może jeszcze przed Chrystusem,
a może przed zniczem.
Co już dawno zgasł, ale szkło trwa w zaroślach i huczy.
Rąk dziś do pacierza nikt nie składa,
na tacę nie prosi.
Tylko choć o jedno spojrzenie,
dotyk czyjejś dłoni,
ktoś się zaniepokoi,
ktoś tu coś ryśnię,
kamień toczy,
ziemie wzruszy.
A co to za miejsce?
Już pewnie nikt nie spyta.
Zniknęło gdzieś za szybą,
następna stacja, następne życia.
No przy okazji muszki to stare utwory, że tak się wyrażę, wkleję.
uwielbiam gitarę na starcie.
a tu dokładnie 3:12....mam ciarki nawet na moim obolałych plecach.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
It's just a cigarette and it's just a Malboro Light.
Papierosy. Melodie. Tęsknoty.
Czy jest coś przyjemniejszego niż okienny parapet?
Poranny smog wtłacza się do mojego mieszkania, poprzez na wpół zamknięte okno. Zamydla mi oczy i zatraca rzeczywistość. Tlenek węgla tego miasta. Rozmywa się telewizor, głowa powoli omyka się na łokciu, by po chwili upaść na poduszkę. Światło traci na wartości jak polska waluta. Robi się ciemniej i ciemniej. Stan omdlenia jest bliski. Mózg wariuje wysyłając tysiące sygnałów do wszystkich części mego ciała. Jednak nic nie reaguje. Zawieszony w między-czasie trwam i rozmyślam. O zeszłorocznej jesieni, o niekończącym się leci, i tych mokrych włosach. Dreszcz przechodzi mi po plecach. Staję się bezwładny, otacza mnie fuzja zapachów i smaków. Lewituje między nimi sięgając do tych ulubionych wskazującym palcem. Wyjadam je jak resztki ciasta z miski. Wyborne. Minęła godzina? Dzień? Sekunda?
Coś piecze mnie w palce. Papieros się wypalił. Czas na przemyślenia minął. Rzeczywistość bombarduje obrazem starej kamienicy z naprzeciwka. Gdzie chyba nikt nie mieszka. Rzeczywistość nie jest papierosem. Rzeczywistość jest chujowa.
sobota, 7 stycznia 2012
Jeszcze tylko ta noc.

I kiedy myślał że wszystko zaczyna się prostować, że zmierza ku dobremu, los właśnie wtedy robił mu psikusa i wywracał w miarę uregulowane życie do góry nogami. Momentami miał już wszystkiego dosyć. Gdyby umiał, chciałby zebrać to wszystko, spiąć wielka agrafką i spakować w jedną torbę, ale aktualnie się nie dało. Życie wydostawało się przez drobne otwory i rozlewało się na około jak przez dziurawą chochle.
Bez tych bezsennych nocy, bez tej całej sakralnej otoczki, bez uncji alkoholu, przyjmowanych w zgodzie z wskazówką zegara, musiał stać się zły.
Bez bodźców zewnętrznych nakręcających jego umysł, dających mu wszystko czego potrzebuje, popadał w szaleństwo. Narastające fantazję, zaczęły przyćmiewać realne życie i niszczyły wszystko co przez pewien czas tak skrzętnie budował.
Przyszłość nie istnieje, było tylko tu i teraz.
W tylko jemu znanych miejscach, uwalniał całą moc, jaką w sobie nosił. Darł się na kawałki, rozrzucając swoje spełniające się ego na wszystkie części tych posępnych przybytków.
Życie pulsowało mu w skroni, źrenice zachodziły krwią, dotyk szaleństwa niczym dotyk magicznej różdżki, sprawiał że znów zaczynał racjonalnie myśleć. Znów czuł płynącą w żyłach krew. Nie żył fantazjami, historiami wymyślonymi podczas tych chłodnych nocy z nią w łóżku. Gromadzona energia znajdowała ujście i wyznaczała nowy tor w życiu. Ścieżka która prędzej czy później znów zarośnie jego wianuszkiem kłamstw, pajęczyna sekretów.
Droga którą nie będzie mu dane kroczyć, jawi się aktualnie tak wyraźnie w jego głowie. Jest namacalna, jasna i wyraźna. Wystarczy iść. Wyciągnąć nogi i zrobić pierwszy krok. Ten najtrudniejszy. Ten aktualny. Ten krok tej chwili. Przez najbliższe godziny czuć będzie wyraźnie pod stopami ten znany grunt. Wyczuwać będzie każdy kamień czy nierówność. Jeszcze przez kilka chwil podążać nią będzie na oślep. Nie zważając na konsekwencje. Bez myślenia o dniu jutrzejszym. Dziś jest tylko dziś, a następna okazja może się już nie przydarzyć. Jeszcze tylko przez moment czuć będzie znajomy zapach, docierający tak wyraźnie do jego rozszerzonych nozdrzy. Jeszcze przez te parę chwil ciało jego przeszywać będą znajome bodźce. Jeszcze tylko ta noc, ta jedna noc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

